Kanczendzonga – Himaleje / Napal

Przepiękna wyprawa w rejony Kanczendzongi (8586m) gdzie masowa turystyka nie dociera…jeszcze…

Głównie dlatego, że samo dotarcie w te regiony nie jest łatwe, ale z pewnością spektakularne. Dwa dni drogi jeepem nad przepaściami, urwiskami, przez rwące rzeki, po totalnych bezdrożach w ciągłym pyle i kurzu, rzucani jak worki ziemniaków na pace. Cała ta „niewygoda” okraszona jest widokami jak nie z tej ziemi. Po 3 dniach docieramy do miejsca gdzie rozpoczyna się wędrówka. W końcu na nogach. Przez kilka pierwszych dni idziemy przez wiele stref klimatycznych od gorącej i parnej dżungli z przepiękną tropikalną roślinnością, przez lśniące w słońcu tarasowe pola ryżowe, rwące rzeki, wielkie połacie porośnięte kardamonem, przez lasy bambusowe, aż po mroczne lasy wielkich rododendronów. Z każdym dniem zdobywamy wysokość budując aklimatyzację. Wznosimy się powili. Ósmego dnia docieramy do wysokości ok 4500m.n.p.m moim oczom ukazują się pierwsze ośnieżone giganty na czele z majestatycznym

Jannu (7711 m n.p.m.) Tępo spada oddech i puls przyśpiesza. Jest mega pięknie. Ósmy dzień ok 4800m. zaczynam odczuwać pierwsze objawy wysokości, bóle głowy, ogólne rozbicie. Nie ukrywam, że moim celem wyprawy jest Drohmo Ri 5965m.n.p.m. Dziesiątego dnia docieramy do najwyższego noclegu w Pangpema ok 5150m. Do wyboru są 2 namioty lub hotel „Hilton”. Ja wybrałem hotel. Sam w luksusowym hotelu 5 łóżek dla siebie (na którymś ze zdjęć) żarty na bok 🙂 noc była długa, mroźna i nieprzespana, każda minuta to godzina. W końcu 4.30 mrozi siarczyście. Trzeba się ogarnąć, spakować niezbędne rzeczy. Z trudem połykam owsiankę. Na niebie jeszcze gwiazdy. Potężne cielsko północnej ściany lodowca Kanczendzongi srebrzy się w brzasku poranka. Jest przepięknie, jest majestatycznie. Ładujemy na Drohmo Ri. Mozolnym tempem krok po kroku po sypiących się kamlotach, sapiąc czuję, że nie jestem sobą, po 4h gramolenia się w sposób co najmniej mało sportowy na wysokości 5800m.n.p.m odcina mi baterie na tyle, że ciężko zrobić mi krok. żołądek padł. Próbuję przeczekać kryzys, czuje się coraz gorzej. Podejmuję decyzję, że schodzę do bazy. Solidna lekcja pokory ale i kolejne wspaniałe doświadczenie. Tym bardziej gratulacje dla Ani i Wojtka, że godzinę później stanęli na szycie.

Jeszcze wiele dni spędzamy na dużych wysokościach chłonąć różnorodność piękna. Ciało już dobrze zaaklimatyzowane. Czuję, że mogę i chcę biegać. Lecz wysiłku i trudności nie brakuje. Codziennie 7-10h wędrówki do góry i w dół i znowu do góry i w dół sprawia, że każdego wieczora padam wyeksploatowany z głową pełną niebywale pięknych widoków. Ostatniego dnia na wysokościach, w drodze do gigantycznej południowej ściany Kanczendzongi poszedłem swoim tempem. W samotnym kontakcie z ogromem przestrzeni podziwiając różnokolorowe pasące się włochate Jaki z widokiem na spektakularny Rathong peak 6672 mam czas na wiele przemyśleń gapiąc się w otaczające mnie piękno.

Uwielbiam ten dyskomfort na wyprawach, owiany surowością i dzikością natury, który otwiera furtki do własnych słabości.

Czuję taką wdzięczność, że mogę i że mi się chce. Pracuję nad tym każdego dnia. W świecie coraz bardziej wygodnym i leniwym w, którym coraz mniej się odnajduję czuję ukojenie w takich właśnie miejscach. To była ponad 200-kilometrowa wyczerpująca i wspaniała wyprawa.

Zdjęcia jak zwykle nie oddają potęgi otoczenia, ale może kogoś zainspirują do odwiedzenia tych pięknych regionów 🙂

Przewijanie do góry